Sójka w mieście

Sójka w mieście

Claire Dux poświęcam…

Tak sobie, nie wiadomo skąd,
przyleciała.
Tak sobie, niby nigdy nic,
na gzymsie siadła.
Tak się błękitnie-szaro-czarno
Wystroiła.

Stoi taka, sama sobą zachwycona.
głową kręci na boki,
i mech, co się w starej rynnie wyleguje,
dziobie.

Czarny ją dojrzał i myknął do bramy,
co gzymsem zwieńczona.
Poganiany instynktem, czy wzrokiem
przesądnej, przechodzącej mimo.
Nie wiem.

Spojrzała, poleciała w dół,
w ślad za mchem z przerdzewiałej rynny
Wykręciła młynka nad głową czarnego,
i tyleśmy ją widzieli, co sama chciała.
Tak stoimy zadziwieni, zachwyceni.
Ja i czarny.

A z wnętrza domu z czerwonej cegły
wychyla się dziecięca buzia
blondyneczki Klary
i szczebiocze w ślad za nią swoje trele.

Jeszce nie wie, że będzie wielką artystką
operowych scen świata.
Jeszcze nie wie, że będzie muzą Salvadora Dali.
Jedną z wielu.

Patrzę i wiem, że Claire Dux nie śpiewa już
na operowych scenach świata
a dom, który jej dzieciństwo chronił,
odejdzie kiedyś w zapomnienie
w ślad za nią.
Jak my, kiedy przyjdzie na nas pora,
choćby przed debiutem.

Napisane w Bydgoszczy, w maju 2005 r., na Grottgera pod czwartym, czekając na Olę, w setną rocznicę wyjazdu Claire Dux z Bydgoszczy w świat, wielki operowy świat początku dziewiętnastego wieku.
Pióro Milton Ha

 

Kondukt

Kondukt

Z Wojciecha mnie powiezie wóz
Prosto jak strzelił Rzgowską drogą
Konie, z kopyta, wznosząc kurz
Do bram Franciszka mnie powiozą.

Powolnym tempem, krok za krokiem
nie zatrzymując się po drodze,
pozwolą spojrzeć jednym okiem,
wolno puszczając koniom wodze.

Spojrzeć na miejsca, na mój świat.
który zostawiam na ulicy
Na puste bramy, okna, kurz,
każdej mijanej kamienicy.

Z powrotem na południe wóz
skierują w jak najdalszą drogę.
a temu, co mnie będzie wiózł
zapłacą hojnie. Idźże z Bogiem!

Kiedy nie będzie dalej nic,
jedynie koniec mej ulicy,
Franciszka brama skończy byt.
Rozsypią prochy żałobnicy.

Matce na serce, ojcu na tors
co dawno leżą już pospołu
popiół wysypią, oraz COŚ.
Jeśli coś będzie prócz popiołu.

15 kwietnia 2015 r.

Pióro

 

Milton Ha

Rzgowska 242 Św. Wojciech

Rzgowska 242 Św. Wojciech

Gdzie koniec Rzgowskiej drogi był,
gdzie bruk na asfalt się zamieniał,
gdzie Olechówki nurt się wił.
ku Stawom Jana, do Jasienia,
ramiona wież nierównych wznosił
kościół z czerwonej cegły cały.
Na dzwonach cichą pieśń mu nucił
wiatr. I spokojnie gnał gdzieś dalej.

Wędrowców których gościł trakt
Święty ich Wojciech żegnał, witał,
kiedy wzniecając kurz i piach
ciągnęli drogą. Gdzie? Nie pytał.
On im w podróży tam i tu
malał i wzrastał. Był i znikał.
Jednym się kończył tutaj bruk
innym ten bruk się tu zaczynał.

Przez Rzgowskiej drogi kurz i piach.
na siny bruk ulicy Rzgowskiej
cienie nierównych wieży kładł
i patrzył z troską na wędrowców.
Gdy zaś wędrowiec ziemską drogę
zakończył w jego wnętrzu ciemnym
przyjmował, czule tulił głowę,
a dzwon żałobne śpiewał pieśni.

Kiedy zatrzymam się w swej drodze
by spowiedź zrobić i coś jeszcze,
ciało i głowę swoją schłodzę,
gdy bólu więcej w niej nie zmieszczę.
A jeśli na nic wszystkie rady
gdy mnie nie zbawią zimne skronie,
zagram ze śmiercią. Dla zabawy.
Kartę wyciągnę złą. I koniec.

Dalej nie będzie pewnie nic.
Wyruszy wóz skrzypiący kołem.
Z urny rozsypią popiół w piach.
I coś co będzie pod popiołem.
Matce pod serce, ojcu do rąk.
Na smutek, żal, łzy na powiekach.
Na zawsze mnie zabiorą stąd.
Zostanie tylko coś. W alejkach.

Dalej nie sięgam, nie śnię wcale,
jedynie oczy lekko mrużę.
To Święty Wojciech stoi, wzniosły,
zaś drzewa jak Anioły Stróże
ulicą Rzgowską kroczą prosto,
a wiatr, co  wartę trzyma w górze,
liście im gładzi z wielką troską.

12 maja 2015 r. „Dzisiaj są moje urodziny, które obchodzę bez rodziny…”

Pióro

 

Milton Ha