Pełnia żniwiarzy

Pełnia żniwiarzy

Księżyc, co zawisł pełnią żniwiarzy,
rozlał poświatę na mgły nadrzeczne.
Zagon skoszony świeżo obnażył
a na nim snopy. Wdycham powietrze…

Od rzeki płynie zapach sitowia
i tataraku korzeni tchnienie.
Podchodzę bliżej by porozmawiać,
choćby z kimkolwiek. Żniwiarzy cienie…

Ni słowa, gestu, nawet spojrzenia.
Nikt w moją stronę nie zwraca głowy.
Pokos się kładzie, a w długich cieniach
żniwiarze koszą. Jam nie gotowy…

Więc koszę słowa i wiążę w snopy
Ustawiam w stogi na własnym polu
Wiersze w tomiki zbieram, jak chłopi
zbierają zboże. Zwieźć do stodoły…

I tak jak oni spoglądam z trwogą,
czy deszcz nie przyjdzie, by popsuć wszystko.
Czy zdążą doschnąć? Czy zwrócą ziarno
żniwiarzom swoim? Radość wieczystą…

18 września 2016

Pióro

 

(WMI)