Połoniny nad Wołosatem

Połoniny nad Wołosatem

Połoniny nad Wołosatem
śpią pod śnieżną, lekką pierzyną,
a ja ciągle włóczę się latem,
pod Tarnicą, ze swą dziewczyną.

Gdzie to lato, które odeszło?
Gdzie dziewczyna, którą kochałem?
Słońce, które dopiero wzeszło?
Zapach, który zapamiętałem?

Ponad grzbietem suną obłoki.
Wiatr przewala śnieżne zamiecie.
Ja zaś ciągle we śnie głębokim,
a dziewczyna warkocze plecie.

Gdzie to lato, które odeszło?
Gdzie dziewczyna, którą kochałem?
Słońce, które dopiero wzeszło?
Zapach, który zapamiętałem?

Szron zabielił tarniny kolce.
Lód na rynnach zwisa soplami.
Nam gorąco, nam zimy obce,
śpiewa-szemrze strumień za nami.

Gdzie to lato, które odeszło?
Gdzie dziewczyna, którą kochałem?
Słońce, które dopiero wzeszło?
Zapach, który zapamiętałem?

Nad Tarnicą zabłysnął promień,
co się przedarł mimo zamieci.
W starym piecu rozpalam ogień
żeby miłość w nas znów rozniecił.

Gdzie to lato, które odeszło?
Gdzie dziewczyna, którą kochałem?
Słońce, które dopiero wzeszło?
Zapach, który zapamiętałem?

3 stycznia 2017, na przekór wzmagającej się zimie…

Pióro

 

Milton Ha

Staw

Staw

(Karta pierwsza. Staw Czerniejewie kontra Widok z Okna.)
Landszaft na ścianie wisi lekko przekrzywiony.
Woda w stawie a ramą nic nigdzie nie przecieka.
Jedynie wierzbom nad stawu tonią schylonym
jest wszystko jedno.
Co czeka na końcu lata, jeśli w ogóle czeka?

Odwracam głowę w lewą stronę. Spoglądam w okno,
na wzgórze i drzewa, co na nim się rozsiadły,
patrzę jak w zimnym deszczu, całkiem nagie, mokną,
a na ścianie lato.
Czy będzie inny widok? Czy tak samo ładny?

Jeśli dziś je przykryjesz świeżo spadłym śniegiem,
Pozwól porom roku zamieniać się tak długo,
aż landszaft mój poprawię, choć zupełnie nie wiem,
czy długo powisi.
Za oknem jest ładniejszy. Odsłoń kartę drugą.

Bydgoszcz, 22 grudnia 2016 roku, w pierwszy dzień zimy, choć całkiem nie zimowy.

Pióro

 

Milton Ha

Samba na Zimę

Samba na Zimę

Świeży śnieg skrzypi jak mokry piach
pod dotknięciem przechodzących butów
i podnosi się, gdy wieje wiatr
w wirach, skrętach srebrzystego puchu.

Poukładał się nam na trawnikach
w białe zaspy garbato-brzuchate.
Ówdzie zastygł w mroźnych pomnikach,
zdobiąc drzewa w szaty z brokatem.

A Ty biegłaś potrącając drzewa
srebrnych iskier obsypując deszcze
i mówiłaś, że wiatr w nich śpiewa
kiedy dmucha i gałęzie czesze.

Dmuchnął, fuknął mocniej i mróz
lodu szpilki powbijał nam w twarze.
Płateczkami posypał znów
odnawiając śnieżne ołtarze.

To jest nasza „Samba na Zimę”,
co lodami gdzieś na rzece pęka,
i na ciepło ubraną dziewczynę,
którą mróz całuje po rękach.

zima, 1985

PióroMilton Ha