Z Przybyszewskiego na Rzgowską

Z Przybyszewskiego na Rzgowską

 
Mojej żonie, Aleksandrze, w dwudziestą rocznicę poświęcam…

Kiedyś byliśmy, Ty i ja, jak te przelotne ptaki
Gdy ja wracałem do mych gniazd, Ty lotem swoim też z powrotem.
Na szlakach naszych wiał nam wiatr ciągle przeciwny jakiś,
że kiedy ja leciałem wspak, Ty swoim wspak, przeciwnym lotem.

Tak mijaliśmy się za dnia, wieczorem, nocą, lata całe.
W tramwaju Ty a ja na wspak, w tramwaju dalej, coraz dalej.
I długo jeszcze, pewnie tak, mijalibyśmy się o cale,
bo w nieskończoność wiodły nas szynowe drogi Łodzi całej.

W końcu nie zdzierżył fart-niefart tej dziwnej ciuciubabki.
Ze Rzgowskiej skręcił tramwaj tam, gdzie stoją stare kamienice.
Do tamtej bramy kazał wejść, właściwej ciągnął klatki.
Stąd Ty ze sobą wzięłaś mnie wychodząc prosto na ulicę.

Nie oglądając się za siebie poszliśmy stamtąd razem w świat.
Na Rzgowskiej, Ojciec Robert – brat, z nadzieją ślub nam dawał.
Zza okularów ciemnych swych wtedy nie widział żadnych wad,
bo wiedział swoje brat-nie brat, że dobrze wszystko poukładał.

Na dawnym placu obok Rzgowskiej już całkiem nowy kościół stoi.
Nie ma Roberta, inny świat. My ciągle razem, ciągle młodzi.
Choć szron na głowy sypnął czas, tramwaju stukot nas ukoi.
Niech w nieskończoność wozi nas po tramwajowej Łodzi.

16 maja 2007 r.

Pióro

 

Milton Ha