Trzymam straż

Z cyklu: Raj utracony

Trzymam straż (Rzgowska nr 17)

Stanąłem dziś na rogu Rzgowskiej.
Na lewo biegnie Dąbrowskiego.
W torach już piasek, a za kioskiem
wciąż tramwajowe dudni echo.

Rzgowska piętnaście, idę, patrzę
i okolicy nie poznaję.
Naprzeciw szkło i stal, a parter
z czerwonej cegły, aż przystaję.

A po przekątnej, jeszcze stoi,
jak zmora w tafli się odbija,
dom, który moją pamięć koi,
bo jest „od zawsze”, choć czas mija.

Lico sczerniałe, zapyziałe.
I tynk odpada zeń płatami,
ale na warcie, lata całe,
stoi wytrwale niczym granit.

Obracam głowę, wciąż mi mało.
Pod siedemnastym jakaś wyrwa.
Jakby mi czegoś brakowało.
A przecież coś tu było. Chyba.

Niepewnie szukam w swej pamięci,
lecz boję się, że się okaże,
że nie pamiętam. Wszyscy święci,
czy tylko ja tu trzymam straże?

Czy tylko mnie zależy na tym,
by chociaż małą część ocalić?
A może to trzymanie warty,
to wszystko na nic, całkiem na nic.

Bydgoszcz, 6 września 2017 r.,

Pióro

 

Milton Ha

Bieszczady zimą

Bieszczady zimą
(Karta druga. Bieszczady zimą kontra Obraz zapamiętany z ulicy Rzgowskiej.)

Hyrlata chmury białe świerkami rysuje
A śnieg na jej zboczach bielą kłuje w oczy.
Edek, siedzi i oczy w nią swoje wpatruje,
jak Solinka z Rosochy wody swoje toczy.

Potem wyciąga papier i szkicuje sobie
cały świat zaokienny przyprószony bielą
I przekłada widok na niezwykłą powieść
O Bieszczadach przykrytych zimowa zawieją.

Kiedy wraca do domu w zadymionej Łodzi
Wyciąga  zapisane karty szkicownika
W śniegu, co tam w Bieszczadach, znowu po pas brodzi
Pejzaż znów wydobywa, gdy płótna dotyka.

Przechodząc obok baru, na ulicy Rzgowskiej,
gdzie się toczą rozmowy pozbawione treści.
Gdzie króluje do piwa setka wódki prostej.
Słucha jak o Bieszczadach żebrak śpiewa pieśni.

Nocą wraca do domu i spogląda tęsknie
na pejzaż zapisany bielą i błękitem.
Jakby wiedział, że już go nie zobaczy więcej.
Jakby coś już przeczuwał, że się żegna z życiem.

Na chodniku wzdłuż Rzgowskiej, nieśpieszni przechodnie.
Na ulicy ruch mały, sennie i leniwie.
On śpieszy się ciągle, by nowe polichromie
ozdobiły kościoły. Kocha je prawdziwie.

Edek do Jasnogórskiej idzie więc po prośbie,
Lecz, w chwili gdy z głośnika Apel do Niej płynie,
przychodzi Inna po niego, natrętnie, gwałtownie.
W czasie letniego skwaru, a Bieszczady w zimie.

Siedzi Edek na górze, niczego mu nie brak.
Na niebieskim płótnie maluje cud pejzaże,
a przez ramię mu patrzy piwiarniany żebrak.
Ten, co w barze na Rzgowskiej o Bieszczadach marzył.

Jeśli widok przykryjesz świeżo spadłym śniegiem,
Pozwól mym porom roku zamieniać się tak długo,
aż ten landszaft poprawię, choć trochę mi zejdzie.
Za oknem dziś ładniejszy. Zasłoń kartę drugą.

Bydgoszcz, 24 lutego 2017 r.,

Pióro

 

Milton Ha

 

Pamięci Edwarda Plucińskiego (1936-2003), łódzkiego malarza, szczególnie zasłużonego w sztuce polichromii zdobiących wiele polskich kościołów, patrząc na jego obraz „Bieszczady zimą”, olej na płótnie, 40X60cm, 1996 r., jeden z kilku jakie Edek podarował mojemu ojcu, a które dzisiaj wiszą u mnie, na ścianie dużego pokoju.

Więcej informacji o Edwardzie Plucińskim znajdziecie tutaj:

http://www.niedziela.pl/artykul/38673/nd/Piekno-przybytku-Panskiego-bylo-mottem

Św. Wojciech

Św. Wojciech

Gdzie koniec Rzgowskiej drogi był,
gdzie bruk na asfalt się zamieniał,
gdzie Olechówki nurt się wił.
ku Stawom Jana do Jasienia,
ramiona wież nierównych wznosił
kościół z czerwonej cegły cały.
Na dzwonach cichą pieśń mu nucił
wiatr. I spokojnie gnał gdzieś dalej.

Wędrowców, których gościł trakt,
Święty ich Wojciech żegnał, witał,
kiedy wzniecając kurz i piach
ciągnęli drogą. Gdzie? Nie pytał.
On im w podróży tam i tu
malał i wzrastał. Był i znikał.
Jednym się kończył tutaj bruk
innym ten bruk się tu zaczynał.

Przez Rzgowskiej drogi kurz i piach.
na siny bruk ulicy Rzgowskiej
cienie nierównych wieży kładł
i patrzył z troską na wędrowców.
Gdy zaś wędrowiec ziemską drogę
zakończył w jego wnętrzu ciemnym
przyjmował, czule tulił głowę,
a dzwon żałobne śpiewał pieśni.

Kiedy zatrzymam się w swej drodze
by spowiedź zrobić – jeśli wreszcie -
ciało i głowę swoją schłodzę,
gdy bólu więcej w niej nie zmieszczę.
A jeśli na nic wszystkie rady
gdy mnie nie zbawią zimne skronie,
zagram ze śmiercią. Dla zabawy.
Kartę wyciągnę złą. I koniec.

Dalej nie będzie pewnie nic.
Wyruszy wóz skrzypiący kołem.
Z urny rozsypią popiół w piach.
I coś co będzie pod popiołem.
Matce pod serce, ojcu do rąk.
Na smutek, żal, łzy na powiekach.
Na zawsze mnie zabiorą stąd.
Zostanie tylko coś. W alejkach.

Dalej nie sięgam, nie śnię wcale,
jedynie oczy lekko mrużę.
To Święty Wojciech stoi, wzniosły,
zaś drzewa jak Anioły Stróże
ulicą Rzgowską kroczą prosto,
a wiatr, co wartę trzyma w górze,
liście im gładzi z wielką troską.

Bydgoszcz, 15 kwietnia 2015 r.,

Pióro

 

Milton Ha